s-wyszynski-cytat

Tajemnica domu Nowogrodzka 5. Dreszcze

TUB m 

Przez całe lata pozamykali się ze swoim cierpieniem w swoim świecie. Czasem tylko rzucili coś mimochodem, otarli łzę spływającą wciąż po coraz bardziej pooranych życiem twarzach. Bali się. Niektórzy boją się do dziś, milczą. Drżą na samo wspomnienie tego, co przeszli. Dreszcze, na samo tylko wspomnienie dreszcze...

Ksiądz Jan Twardowski w wierszu „Krzyż” pisał:

(...) dopiero żyć zaczniesz gdy umrzesz kochając
mój krzyż co przyszedł z niewidzialnej strony
wie że wszystko wydarzyć się może
choćby nie chciał tego (...)

Ksiądz składał te słowa w roku 1998. 42 lata wcześniej katownię przy Nowogrodzkiej 5 w Łomży opuścił ostatni więzień. Jeszcze kilkanaście dni temu rozstrzelano tu ostatniego „wroga nowej Polski”. Młody ubek zakasał rękawy munduru i przysypał ziemią szybko wsiąkającą w nią świeżą krew. Uszy wypełniał mu ciągle wrzask wron, kołujących nad pobliskim ogrodem spacerowym, spłoszonych przed chwilą strzałami plutonu egzekucyjnego...

88 lat. Pogodny uśmiech na twarzy, jasne, roziskrzone oczy, z których bije jakiś, trudny do opisania, radosny przekaz. Może coś na kształt: „Kocham was”, a może „życie jest takie piękne”, a może: „miałam szczęśliwe życie”? Mimo że tragicznym bagażem życiowych doświadczeń mogłaby obdzielić cała swoją wieś Konopki Jałbrzyków Stok – niespełna 200 mieszkańców. Do Zambrowa stąd niecałe 6 km, dojedziesz tam w 8 minut. Po drodze, jeszcze w Konopkach miniesz po lewej „Olszynkę”. Zaczyna się vis a vis domu starosty Stanisława Krajewskiego. Teściowa starosty, Czesława Saniewska każdego dnia przez okno widzi smukłe olszyny w moczarach. I zapamięta do końca życia tamten majowy dzień z 1949 roku.

O tym, że w „Olszynce” są partyzanci wiedziała cała wieś. Wielu gospodarzy pomagało im, dając jakieś jedzenie, czy cieplejsze odzienie.

- Pamiętam, jakby to było dziś – zamyśla się pani Czesława. - Jakoś tak wieczorem weszło do izby sześciu z karabinami i żeby im dać jeść. U mnie była akurat koleżanka. No to daliśmy, co tam było w domu, może jakiś talerz zupy, chleba kawałek, jakieś mięso - takie zwykłe „gospodarskie” jedzenie. Zjedli i poszli. Uprzedzili tylko, żeby nikomu nie mówić, że oni tu byli, bo ubowcy wpadną i pozabijają.

Kilka miesięcy potem UB z Łomży przeprowadziło obławę na partyzantów. Złapali dwóch. Wozili ich po wsi samochodem, żeby pokazywali, kto im dawał jeść. Pokazali zabudowania Zarębów. Tego samego dnia, bez pytania, na Nowogrodzkiej znalazł się Stanisław Zaręba. Aresztowali bez pytania. Najbliżsi byli pewni, że już po nim.

- Zaraz też przyjechali więc po mnie - wspomina pani Czesława.

25 października 1949 roku 21-letnia Czesława Zaręba usłyszała ostry zgrzyt zamykającej się za nią kraty w piwnicy UB w Łomży przy Nowogrodzkiej 5.

- Siedzimy już we dwoje za jedzenie – jako przestępcy. Żegnałam się w myślach z całym światem. Ciągle słyszałam krzyki maltretowanych ludzi. Nieraz było tak, że kogoś zabrali z celi i ten ktoś już nigdy więcej nie wracał. Zabijali i wyrzucali na śnieg. Byłam pewna, że mnie czeka to samo.

Po kilku dniach jeden z ubowców, niejaki Donek, który wcześniej, szukając partyzantów w rejonie Zambrowa zajeżdżał też do Zarębów, uznał, że dwoje aresztowanych za jedzenie to za dużo. Trzeba ojca zwolnić, bo to nie ojciec dawał jeść partyzantom, tylko dziewczyny. Stanisław Zaręba wrócił do domu zmaltretowany, zbity, pokrwawiony.

Czesława Zaręba przez trzy miesiące spała na pryczy w piwnicy, nieraz w ponad 20-stopniowe mrozy, przykryta tylko lichym kocykiem. Jeszcze dziś na wspomnienie tego czasu gwałtownie wilgotnieją jej oczy, sięga po chusteczkę.

- Tatę zwolnili, a mnie z tej piwnicy ciągali na przesłuchania nieraz po kilka razy dziennie. Partyzanci, których karmiłam, stawali na świadków i zeznawali, że faktycznie im pomagałam. Wypierałam się. „Zaraz będziecie śpiewać, nie mówić” - słyszałam wciąż. I ciągle pytali o koleżankę, co mi pomagała przygotowywać jedzenie. Mieli specjalnego człowieka do bicia. Strasznie dokuczał. Zaprzeczałam, bo wiedziałam, że zaraz by podzieliła mój los. Oni wiedzieli, że była koleżanka, sąsiadka. Nie przyznałam się. Już lecieli do bicia – cały ten dowódca do mnie z pałą, zabiliby mnie jak nic. Ale ten ubowiec Donek mówi: „Zostaw, ja ją znam. Ona będzie odpowiadać w więzieniu”. To był okropny czas, panie, nie daj Boże... To było piekło na ziemi, już gorzej być nie mogło.

Po trzech miesiącach pani Czesława trafiła z transportem do więzienia w Białymstoku. „Wojsko Polskie Wojskowy Sąd Rejonowy” 20 lutego 1950 roku „Wojskowy Sąd Rejonowy w Białymstoku w składzie: przewodniczący kpt. Nytko Julian, ławnik: st. strzelec Kołodziej Tadeusz, ławnik st. strzelec Kowalczyk Edward w nieobecności prokuratora wojskowego, a w obecności obrońcy wojskowego z wyboru mgra Gabrusiewicza Romana oraz przy udziale protokolanta sekretarza sądowego Skibickiej Teresy rozpoznał sprawę cyw. ZARĘBIANKI (ZARĘBA) CZESŁAWY c. Stanisława i Bronisławy z domu Pęska urodzonej 30 sierpnia 1925 r. we wsi Konopki, gm. Puchały, pow. Łomża, tamże stale zamieszkałej, narodowości i obywatelstwa polskiego, panny, o wykształceniu 7 oddz. Szkoły powszechnej, rolniczki bez majątku (rodzice oprócz oskarżonej nie posiadają więcej dzieci, a posiadają 18 ha ziemi, w tym 8 ha roli, 3 ha łąk, 4 ha nieużytków i pastwisk oraz 3 ha ....) w wojsku nie służącej, bez odznaczeń, sądownie niekaranej, zatrzymanej w dniu 25 października 1949 r. oskarżonej z art. 18 1 w związku z art. 4 1 i 14 par. 1 dekretu z dnia 13 czerwca 1946 r. i kierując się przepisami art. 3, 240, 245 – 247 KWPK orzekł: ZARĘBIANKA CZESŁAWA c. Stanisława jest winna , że w maju 1949 r. dnia nieustalonego, we wsi Konopki, pow. Łomża otrzymawszy wiarogodną wiadomość o pobycie w domu jej rodziców 6-ciu uzbrojonych w broń palną członków przestępczego związku „NZW”, mającego na celu zmianę przemocą ustroju w Polsce, nie zawiadomiła natychmiast o tym władzy powołanej do ścigania przestępstw, czym popełniła przestępstwo (...) i za to się ją skazuje (...) na karę 1 (jednego) roku i 6 (sześciu) miesięcy więzienia, z zaliczeniem (...) na poczet kary więzienia okresu tymczasowego aresztu od dnia 25 października 1949 r. od której to daty liczy się skazanej początek odbywania kary więzienia”.

W imieniu Rzeczpospolitej, sędziowie z polskimi orłami na wojskowych czapkach ustalili, że „dnia nieustalonego” w olszynach koło wsi Konopki, gm. Puchały kwaterowała uzbrojona w różną broń palną 6-osobowa banda przestępczego związku pod nazwą „Narodowe Zjednoczenie Wojskowe” pod dowództwem ps. „Jabłoń”. Razem z ta bandą przebywał mieszkaniec wsi Konopki Modzelewski Franciszek, członek siatki tegoż związku. Wieczorem Modzelewski wskazał dom rodziców oskarżonej, mówiąc: „W domu pod blachą zamieszkuje zamożniejszy gospodarz i u niego możecie otrzymać kolację”. Bandyci udali się do wskazanego domu. Do mieszkania weszli uzbrojeni w długą broń palną ps. „Jabłoń” i Łebkowski Wacław ps. „Madej”. W mieszkaniu była oskarżona, jej matka oraz śpiący wówczas jej ojciec. Na żądanie ps. „Jabłoń” matka oskarżonej przy jej pomocy przygotowała kolację i podała przybyłym na stan 6-ciu ludzi. Wszyscy bandyci mieli na wierzchu długą broń palną. Po spożyciu kolacji bandyci odeszli, a odchodząc zakazali meldować o ich pobycie.

Oskarżona na rozprawie przyznała się do niezawiadomienia władzy o pobycie 6-osobowej bandy (...) W tym stanie przyjęto za udowodnioną winę umyślną oskarżonej. Zasłanianie się oskarżonej nieświadomością obowiązku meldowania o takich faktach władzy nie zostało wzięte pod uwagę, gdyż oskarżona posiada wykształcenie 7 klas szkoły powszechnej i umysłowo jest dobrze rozwinięta (...) W danym przypadku nastąpiło zaniechanie zawiadomienia władzy o pobycie bardzo groźnej bandy i przez to zaniechanie oskarżona przyczyniła się do istnienia stanu bardzo dużego niebezpieczeństwa dla interesów Państwa i ustroju (...) Przy wymiarze kary wzięto pod uwagę sądową niekaralność oskarżonej, jej pozostawanie pod całkowitą opieką rodziców, z których matka udzielała jej złego przykładu, nakazując pomagać w przygotowaniu kolacji członkom bandy (...)

Rodzina złożyła apelację od tego wyroku. 18 hektarów rodzinnej ziemi musiało zmienić właściciela. Po perturbacjach związanych m.in. z zamianą złotówek na dolary (tylko one miały wzięcie w warszawskich sądach), „apelacja” trafiła w odpowiednie ręce. Dzięki temu

Naczelny Sąd Wojskowy 1 maja 1950 roku zmienił wyrok „sprawiedliwych” z Białegostoku, skazując Czesławę Zarębę na sześć miesięcy pozbawienia wolności. Zarządził też bezzwłoczne wypuszczenie na wolność „oskarżonej”. Została zwolniona 23 maja 1950 roku. Ale wspomnienia tkwią w pamięci jak krwawa drzazga. Powracają koszmarami.

- Ludzie wycierpieli się za nic. Był na przykład taki Franciszek Klimaszewski, który też z „Olszynki” partyzanta przechowywał. Wypatrzyła to dziewczyna, córka „deputata” i doniosła ojcu. Zaraz wpadli ubowcy, zbili go tak w stodole na klepisku, że tam dokończył życia... Nie daj Boże, panie, nie daj Boże, co to były za czasy...

Aleksandra Wawrzkiewicz – córka znanego w Łomży lekarza weterynarii Aleksandra Kusio - po zajęciu rodzinnego domu przez Niemców i ewakuacji do Ostrowi Mazowieckiej nawiązała kontakty konspiracyjne z AK. W sierpniu 1943 roku została zaprzysiężona i przyjęła pseudonim „Lalka”, „Danka”. Ukończyła kurs sanitarny, była łączniczką terenową. Bardzo aktywna w 13 P.P., stacjonującym w Puszczy Białej podczas akcji „Burza”. Brała udział w partyzanckiej bitwie III Batalionu 13 P.P. pod Pecynką 31 sierpnia 1944 r. z frontowymi jednostkami wojsk niemieckich. Po 1945 r. została w NSZ w Zambrowie i okolicach, potem w Łomży i Warszawie. 2 grudnia 1945 r. podczas delegacji do Łomży została aresztowana przez PUBP. Po bardzo brutalnym śledztwie, zbitą przewieziono do więzienia w Białymstoku. Wojskowy Sąd Rejonowy skazał ją w 1946 roku na 3 lata więzienia i pozbawienie praw honorowych i obywatelskich. Centralne Więzienie Karne dla kobiet w Fordonie opuściła 7 marca 1947 r. na podstawie ułaskawienia i amnestii.

Aleksander Gwardiak (patrz „WŁ” nr 14-15 i 32) urodził się w Ostróżnem koło Szumowa. Gdy wybuchła wojna miał 19 lat. 4 kwietnia 1940 r. złożył przysięgę akowską. „Berdan” był łącznikiem i kurierem dowódcy kompanii. Przeprowadzał i przewoził wielu oficerów z Żabikowa do Krajewa Borowa, Białegostoku i Warszawy. Przenosił korespondencję, pieniądze, broń, aparaty telefoniczne. Został aresztowany i osadzony najpierw w Zambrowie, a potem na Nowogrodzkiej 5 w Łomży. Bity, katowany, maltretowany: - Gdy zawahałem się w czasie odpowiedzi na zadane pytanie, coś ciężkiego spadło na mój kark. Gdy zacisnąłem usta, ubek ręką, na której miał pierścionki zwane kastetem otworzył mi usta. Cóż mogłem powiedzieć, wypluwając wybite zęby? Gdy upadłem zemdlały, podniesiono mnie kopniakami i kolba po żebrach. Usłyszałem: „Ty bandyto, ty wrogu Polski Ludowej, zgnijesz sukinsynu...”

30 września 1946 roku nad ranem mocne łomotanie do drzwi obudziło rodzinę Wilińskich w Kolnie. Trzech ubeków pytało o Janka – 23-letniego licealistę. Poderwali go z łóżka, kazali szybko ubierać się. Przed wyjściem za próg zdążył powiedzieć jeszcze tylko „Zostańcie z Bogiem”. Mimo protestów rodziny – poprowadzili go do Urzędu Bezpieczeństwa. Jeszcze przed południem, razem z dziesięcioma innymi chłopakami powieźli do PUBP na Nowogrodzką 5 w Łomży. Siostra Janka, Janina dopiero po jakimś czasie poznała okoliczności śmierci brata:

- Nocą z 25 na 26 października z ogólnej celi wywołano Janka na przesłuchanie. Zaczynali od pytań o czyny, których z pewnością nie popełnił, nie miał z nimi nic wspólnego. Gdy Janek nie wracał do celi, wszyscy współwięźniowie byli pewni, że wypuścili go do domu, bo wiedzieli, że to dobry chłopak.

Nad ranem 30 października 1946 r. jeden z nich przechodził do ubikacji, usłyszał jęki gdzieś w pomieszczeniu obok. Zobaczył leżącego na betonowej posadzce półnagiego Janka. Szybko wrócił do celi i opowiedział, co zobaczył. Przyszli tam: Władysław Zadroga zam. Kolno, Wacław Szymański, zam. Kolno, Lucjan Ptak z Łomży i inni. Zadroga, najstarszy pyta, co mu się stało. Janek powiedział: „Adaś mnie zabił”. Podnieśli go z betonowej posadzki, Zadroga oparł go o swoje kolano, a Janek dalej opowiadał. Biłogo dwóch – Adaś i jakiś drugi z Hajnówki.

- Pytali o rzeczy, których nie popełniłem: „Przyznaj się do wszystkiego”! „Ja nic nie robiłem, nigdzie nie byłem”. Wmawiali mi, że byłem w napadach pod Borkowem i innych, ręce przyciskali mi drzwiami, bili prętami w pięty i skakali w butach na mój brzuch, polewali wodą i ciągle krzyczeli „przyznaj się”. Potem to już mówiłem, co kazali. To wszystko opowiedzcie mojej mamie”...

I tak skonał na kolanach Władysława Zadrogi. Jaka to była męczarnia, że w przeciągu kilku godzin młody, dobrze zbudowany, zdrowy i silny, ładny, dobry chłopiec musiał skonać?!

Tymczasem rodzina w Kolnie ciągle wyglądała powrotu syna i brata. Po jakimś czasie ojciec Jana z siostrą wybrali się do Łomży, by dowiedzieć się, kiedy Janek zostanie zwolniony. Wyjechali dzień wcześniej, by z samego rana zameldować się na Nowogrodzkiej 5. Wieczorem do domu, w którym zatrzymali się, przyszła jakaś kobieta i powiedziała, że dziś na UB zamordowali młodego chłopaka z Kolna, syna młynarza. Stanisław Wiliński w tym czasie prowadził młyn w Kolnie. Z samego rana znaleźli się na Nowogrodzkiej 5. Był to akurat Dzień Zaduszny. W Łomży wskórali niewiele, wrócili więc do domu. Złożyli skargę na PUBP w Ministerstwie Sprawiedliwości na barbarzyństwo funkcjonariuszy PUBP z Łomży. W lutym 1947 roku Sąd Wojewódzki w Białymstoku (przewodniczącym składu była kobieta) skazał obu oprawców na karę po 8 lat więzienia. Tłumaczyli się przed sądem, że zamordowali Wilińskiego... „dla dobra Ojczyzny”, że niszczyli wrogów. Sąd wydał tpostanowienie o zwrocie ciała Janka rodzinie.

31 maja 1947 r. samochodem ciężarowym z trumną rodzina pojechała do Łomży po ciało Janka. W PUBP dowiedzieli się, że mają jechać przed gmach więzienia. Było tam już wielu mieszkańców miasta. Na dziedziniec pozwolili jednak wejść tylko członkom rodziny.

- Sporo osób wdarło się na mur – byli to głównie młodzi chłopcy. Na placu stały jeszcze szubienice zbudowane przez Niemców i rosła bujna trawa w miejscach, gdzie ciągano zbroczone krwią ciała. Widok ten pozostał mi w pamięci do dziś. Rodzina zaczęła odkopywać grób. Ziemia była miękka. Słońce grzało i świeciło jasno, a niebo było pogodne. Dokopano się do ciężkiej skrzyni z dość grubych desek. Gdy wyciągnięto skrzynię i odkryto jej górną część, zobaczyliśmy wszyscy ukochanego syna i brata. Z każdej piersi wyrwał się okrzyk bólu i rozpaczy. Leżał nagi, ubranie leżało na nim, tj. koszula, marynarka i sweter. Ta piękna twarz była zbolała, oczy i policzki zapadnięte, włosy wychodziły pasmami, pięty obrzęknięte, żółte, palce sine. Całe ciało było jedną galaretą o barwie fiolet, zieleń, żółtej i białej. Rozbito deski i ciało zsunięto do trumny wysłanej białym płótnem i koronkami. Z oddalenia funkcjonariusze kazali zakryć trumnę (...) Przyjechał samochód willis i tak pojechałyśmy do domu. Stał tam już tłum ludzi, młodzież gimnazjalna z wieńcami i kwiatami, orkiestra i ksiądz. Jeszcze dwie godziny trumna stała w mieszkaniu pilnowana również przez funkcjonariuszy, żeby nie otwierać (...) Odszedł na zawsze nasz najdroższy, zamęczony przez oprawców UB – Polaków nasz brat – kwiat rodziny i Ojczyzny...

Prof. Marta Dobrowolska – nauczyciel ze Szkół Katolickich w Łomży: - Moja Mama, Władysława Dobrowolska pracowała w okresie 1945-46 w Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Łomży, w referacie świadczeń. Biuro tego urzędu mieściło się w budynku przy ul. Wojska Polskiego. Okna na tyłach wychodziły na ul. Nowogrodzką. Z jednej z wyższych kondygnacji przez wąskie okno, prawdopodobnie od toalety, można było zobaczyć podwórko budynku, w którym znajdowała się siedziba Urzędu Bezpieczeństwa. Niektórzy ludzie w tajemnicy i ze strachem starali się być świadkami tego, co się działo. Wyglądali przez to okienko na owe podwórko. Ktoś opowiadał, że widział, jak ciągnięto po ziemi ciała mężczyzn. Moja Mama widziała, jak na plamy krwi na ziemi rzucano słomę i na tak przygotowane miejsce wprowadzano kilku aresztowanych mężczyzn. Przerażona uciekła. Odległość nie pozwoliła na rozpoznanie tych ludzi, chociaż to było bardzo potrzebne, bo zdarzyło się, że ktoś z rodziny starał się zdobyć jakieś informacje o aresztowanych. Informacje, które podaję są skąpe, bo Mama opowiedziała to tylko raz, wiele lat temu. Nigdy więcej nie chciała wracać do tych wydarzeń i przez kilkadziesiąt lat nie chodziła ulicami w pobliżu tego miejsca...

*

Nasz cykl „Tajemnica domu Nowogrodzka 5” od początku spotyka się z żywą reakcją Czytelników. Następstwem niemalże każdej publikacji jest kolejny materiał dziennikarski, inspirowany listami lub telefonami naszych Czytelników. Nie inaczej było po ostatnim materiale w 33. numerze „Wiadomości Łomżyńskich”. Autorem jednego z listów, które nadeszły do redakcji jest pan Stanisław Leszek Chomentowski, Sybirak z Łomży. Napisał nam m.in.:

Jako 13-letni chłopiec wraz z rodziną w marcu 1946 roku powróciłem z 5-letniego pobytu w Kazachstanie do Łomży i osiedliłem się również na ul. Nowogrodzkiej nr 49, u państwa Cymkowskich, na tak zwanych Skowronkach. W codziennej wędrówce do Szkoły Powszechnej nr 6 przy ul. Giełczyńskiej z ciekawości obserwowałem ten budynek przy Nowogrodzkiej 5, gdzie mieścił się Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Zapamiętałem, że przed bramą wejściową do budynku zawsze stał wartownik uzbrojony w pistolet maszynowy – automatyczny produkcji radzieckiej „pepeszę”, a za pasem głównym miał zaczepione dwa granaty odłamkowe o sile rażenia do 50 m. Po lewej stronie furtki zawieszona była biała skrzynka skarg i zażaleń do szefa urzędu, z której jak myślę nikt nie korzystał, ponieważ wisiała ona w zasięgu rewiru wartownika.

Mój Ojciec, Władysław Marian Chomentowski urodzony dnia 27 VI 1900 r. w Śniadowie, był podoficerem w stopniu sierżanta 3. Dywizji Strzelców Karpackich, której dowódcami byli: gen. bryg. Stanisław Kopański, a następnie gen. bryg. Bronisław Duch. Całą służbę wojenną przeszedł w tej właśnie dywizji od 25 II 1942 r. do 6 XII 1946 r., biorąc udział w walkach na Półwyspie Apenińskim (Italia) o Monte Cassino, Ankonę, Bolonię i w innych miejscowościach. Do kraju wrócił z Anglii 2 kwietnia 1947 r., do Łomży i zamieszkał z rodziną przy ul. Nowogrodzkiej 49. Był bardzo często wzywany na przesłuchania przez funkcjonariuszy PUBP w Łomży przy ul. Nowogrodzkiej 5, lecz nigdy nie mówił w jakiej sprawie był przesłuchiwany nawet swojej żonie, a mojej matce – Stanisławie Chomentowskiej. Przesłuchania te odbywały się w godzinach wieczorowych, po których ojciec powracał nie raz przed północą. Matka moja martwiła się, że już został osadzony w areszcie, jednak na szczęście do tego nie doszło.

Znałem również innych żołnierzy służących w II Korpusie Wojska Polskiego na Zachodzie pod dowództwem gen. broni Władysława Andersa, a mianowicie byli to panowie:

  • Długołęcki Witold, zam. Łomża,

  • Jemielita Jan zam. Łomża,

  • Karpiński Stanisław, zam. Łomża,

  • Werczyński Stefan – nauczyciel wychowania fizycznego w Liceum Ogólnokształcącym im. T. Kościuszki w Łomży, ul. Bernatowicza 4.

Wszyscy wyżej wymienieni byli również bardzo często przesłuchiwani przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Łomży przy ul. Nowogrodzkiej 5, ponieważ uważani byli za ludzi niebezpiecznych dla władzy ludowej”.

*

Jest raczej pewne, że nigdy nie poznamy pełnej listy męczonych i pomordowanych w katowni przy Nowogrodzkiej 5 w Łomży. Nie z naszej winy nie wiemy też, czy na tej posesji znajdują się ludzkie pochówki. Mimo tego uznaliśmy, że z uczczeniem pamięci ofiar ubeckiego barbarzyństwa na mieszkańcach Łomży i Ziemi Łomżyńskiej dłużej zwlekać nie można. Od sześciu lat, kiedy Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej rozpoczęło starania o ocalenie tego ważnego elementu historii naszej Małej Ojczyzny, szeregi żywych – według naszych szacunków - opuściło kilkudziesięciu naocznych świadków tamtych dramatów...

 

Wawrzyniec Kłosiński

 

  

SALONIK WYDAWNICZY

Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej
ul. Sienkiewicza 8

Zapraszamy
codziennie od 8.00-15.00

JEDYNA W REGIONIE BAZA WYDAWNICTW O ŁOMŻY
I ZIEMI ŁOMŻYŃSKIEJ

1procencik

Dziękujemy Wszystkim,
którzy przekazali w swoim rocznym zeznaniu podatkowym swój jeden procent na rzecz Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej.

Free business joomla templates