Zmarł Edmund Głowacki

głowacki2. października 2014 r. zmarł w Warszawie ukochany Mąż, Tata i Dziadek EDMUND GŁOWACKI. Człowiek dobry i prawy. W latach wojny wywieziony wraz z rodziną do Kazachstanu. Był członkiem łomżyńskiego oddziału Związku Sybiraków i Oddziału Warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej. Msza św. żałobna zostanie odprawiona 8 października 2014 r. o godz. 13.30 w kościele św. Dominika w Warszawie przy ul. Dominikańskiej 2 – poinformował nas syn Paweł Głowacki.

Autobiografia

            Urodziłem się 19 listopada 1931 r. na kolonii wsi Szczepankowo pow. Łomża z ojca Piotra i matki Marianny Sulkowskiej. Rodzice moi posiadali gospodarstwo rolne. We wrześniu 1939 r. Ojciec mój zgłosił się do wojska i walczył do końca wojny. Zdemobilizowany, wraz z bratem Andrzejem, wstąpił do formującej się organizacji podziemnej będącej zalążkiem Armii Krajowej. Pamiętam jak wiosną 41 r. Ojciec mój rozkuwał kajdanki mężczyźnie w polskim mundurze, który zbiegł służbom rosyjskim (NKWD) pokazując im w lesie gdzie rzekomo jest zakopana broń.

W roku 1941, 20 czerwca o świcie przyjechał samochód ciężarowy i samochód osobowy, w którym było trzech uzbrojonych żołnierzy rosyjskich i jeden cywil. Przyjechali zabrać rodzinę ojca i brata ojca, Andrzeja, który mieszkał w sąsiedztwie. Ojca mojego z młodszą siostrą Ireną nie było w domu – był u rodziny w Śniadowie. Kazano nam natychmiast się pakować. Jeden z żołnierzy pilnował nas, a rodzinę stryja Andrzeja - dwóch żołnierzy i cywil. Mama rozpaczała, a żołnierz rosyjski pomagał jej pakować wszystko, co możliwe, „bo to nam się bardzo przyda” (miał rację, bo wszystko wymieniliśmy w Kazachstanie na żywność).

Mnie z matką i stryjka Andrzeja z żoną i dziećmi – synem Mieczysławem i córką Aliną zawieziono na stację kolejową w Łomży i załadowano do pociągu towarowego. Ojciec dowiedziawszy się, że nas wywieziono, zgłosił się natychmiast z córką do pociągu, żeby być razem z całą rodziną. Niestety, tego samego dnia wieczorem wszyscy mężczyźni zostali wyprowadzeni z wagonów i przewiezieni do więzienia w Łomży. Nocą nasz pociąg towarowy z zakratowanymi okienkami ruszył na wschód przez Białystok, Branowice, Wołkowysk, Mińsk, Saratow n/Wołgą do stacji Dziuryn w Kazachstanie. W Wołkowyjsku było bardzo silne bombardowanie miasta i stacji. Mieliśmy nadzieję, że dalej nas nie wywiozą, niestety - mimo ciągłych nalotów - pojechaliśmy dalej. W czasie nalotów przez okienko ludzie machali białymi prześcieradłami, co uchroniło pociąg przed bezpośrednim bombardowaniem. W tym czasie ochrona rosyjska kryła się pod wagony pociągu. Wieczorem przejeżdżaliśmy koło płonącego Mińska. Na niebie widać było walkę dwóch samolotów.

W wagonach było bardzo duszno. W czasie podróży – trwającej koło 3 tygodni, dostaliśmy parę razy zupę, a całą drogę błagaliśmy o wodę. I tak dowieziono nas do stacji Dziuran w Kazachstanie, gdzie spędziliśmy noc na placu przy stacji. Następnego dnia rano przyjechały wozy zaprzęgnięte w woły i wybierano rodziny jak na targu niewolników. Mnie z matką, siostrą i stryjenką z dwojgiem małych dzieci zabrano na końcu – nie byliśmy atrakcyjni, gdyż wszyscy szukali ludzi do pracy. Wyruszyliśmy w kilka wozów w nieznane. Woźnicami byli Kazachowie, z którymi nie mogliśmy się porozumieć. W czasie podróży w wozie, którym jechaliśmy pękło koło. Kazach, którego nie rozumieliśmy, wyprzągł woły i odjechał z pozostałymi wozami. Zostaliśmy sami w stepie, w rozpaczy i niepewności co dalej. Była piękna, słoneczna pogoda. Wokoło piękny, rozległy po horyzont step, w górze krążące duże ptaki i zachodzące słońce. Mama wskazując na zachodzące słońce powiedziała: „tam została Polska”. Zachodzące słońce było dla Polaków symbolem ojczyzny. Każdy zachód słońca był żegnany oczami pełnymi łez. W nocy nasz woźnica powrócił z nowym kołem. Po południu następnego dnia dojechaliśmy na miejsce – do kołchozu „Druga Pięciolatka”, rejon Timir, obłast’ Aktiubińsk. Byli już tam Polacy, głównie inteligencja ze Lwowa (m.in. P. Smerkowa, sędzina, z dwójką małych dzieci).

Razem z nami zostały przewiezione do kołchozu rodziny z których pamiętam:

Żelaznych z Jedwabnego – matka z czworgiem dzieci i z ojcem – ojciec i najmłodszy syn zmarli;

Tarnackich z Jedwabnego – matka z dwojgiem dzieci;

Arciszewskich z Orlikowa k. Jedwabnego – matka z dwojgiem dzieci;

Leszczyńskich z Kossak k. Jedwabnego – matka z bardzo licznym rodzeństwem;

Narolewskich z Łomży – samotni staruszkowie – oboje zmarli;

Justynowie z Łomży – matka z dorosłą córką;

Jakubowskich z Łomży – matka w ciąży z dwoma dorastającymi synami, trzeci syn urodził się już w kołchozie. Pamiętam jego płacz i ciągłe wołanie: jeść, jeść! Syn przeżył, matka zmarła;

Głowaccy – ja z matką i młodszą o dwa lata siostrą Ireną oraz stryjenka, żona Andrzeja z dwojgiem małych dzieci – siedmioletnim synem Mieczysławem i młodszą siostrą Aliną. Stryjenka zmarła a jej dzieci były pod opieką mojej mamy do czasu wyjazdu z Armią Andersa, razem z dziećmi zmarłej p. Smerkowej. Brat Mieczysław obecnie mieszka w Nowej Zelandii, a siostra Alina w Sydney w Australii.

W kołchozie my ze stryjenką otrzymaliśmy wspólnie jedno małe pomieszczenie w domu z gliny z bardzo małym okienkiem i dużą pryczą z desek dla obydwu rodzin. Moja matka pracowała w polu, jak z resztą wszyscy Polacy. Stryjenka była załamana, rozpaczała i nie chciała iść do pracy. Ciągle siedziała w mieszkaniu i płakała. Wymieniała u tubylców „ciuchy” z Polski na produkty żywnościowe, co czynili i wszyscy Polacy, lecz tylko w bardzo oszczędnym i koniecznym zakresie.

Pierwsza zima w kołchozie, była okrutna (co jak się później okazało było normą) - duże opady śniegu, śnieżyce. Mama pracowała w oborze przy dojeniu i karmieniu krów. Stryjenka chorowała. Zimą wśród Polaków panował tyfus i głód. Duża ilość osób zmarła. Wśród nich była Stryjenka, która odeszła od nas w pierwszych dniach kwietnia podczas silnej śnieżnej wichury. Pamiętam, że mama przewiązała mnie sznurkiem, żebym mógł wrócić i wyszedłem odgarnąć śnieg, który zasypał okna. Od tej pory moja mama opiekowała się czworgiem dzieci. Było bardzo ciężko – w kołchozie nie uwzględniano dzieci w żadnych przydziałach żywności.

Wkrótce nastała wiosna – krótka i najpiękniejsza i najciekawsza pora roku. W Kazachstanie zimą jest bardzo dużo śniegu. Wioski są zasypane. Widać tylko dym z kominów. Wiosną, kiedy zaczyna się topić śnieg od spodu, ustaje wszelka jazda wołami (zapadają się). Step jest poprzecinany „bałkami” – suchymi korytami wiosennych rzek. Koniec zimy przychodzi gwałtownie. Skorupa śniegu zaczyna się łamać i spływać w „bałki”, czemu towarzyszy szum podobny do ciągłego grzmotu i nagle wszystko spływa tak, że widać goły step. I w bardzo krótkim czasie wszelkie pagórki zakwitają pięknymi kwiatami, głównie stepowymi tulipanami. Zaczyna się upalne lato. Po wiosennych roztopach w każdym zagłębieniu terenu i w każdym dołku było dużo wody. Ja z bratem Mietkiem wychodziliśmy z wiadrem w step. W stepie żyło dużo susłów, które budziły się w tym czasie z zimowego snu. Do nor susłów wlewaliśmy wodę i czatowaliśmy z ręką gotową do chwycenia za szyję wybiegającego z nory susła ( inny chwyt powodował pogryzienie ręki). Mięso z upolowanych susłów było ratunkiem przed śmiercią głodową. Dlatego latem również je łowiliśmy. Wtedy jednak przy pomocy specjalnych żelaznych zatrzasków. Na stepach żyły dwa rodzaje susłów. Mniejsze szare żyjące w koloniach w dużych ilościach i duże o zabarwieniu złotym, których było bardzo mało i żyły w pojedynczych norach. Jesienią, przed snem zimowym były bardzo tłuste. Duże susły łowiliśmy również ręką. Spłoszony suseł krył się w norze wchodząc do niej tyłem i czekał na ponowne wyjście. Szybkie wsunięcie ręki do nory i w momencie dotknięcia do nóg, raptowne poderwanie ręki do góry umożliwiało uchwycenie susła za szyję (brak koordynacji tych ruchów powodował dotkliwe pogryzienie ręki). W okresie letnim i jesiennym łowiliśmy kilkadziesiąt susłów dziennie. Oprawialiśmy je w stepie. Skórki i mięso zabieraliśmy do domu. Znaczną część oddawaliśmy Polakom (tylko polskie rodziny jadły susły). Skórki suszyliśmy i wymienialiśmy na mąkę. Za kilogram wysuszonych i dobrych skórek dostawaliśmy kilogram mąki. Z mięsa smażyliśmy kotlety, które popijaliśmy tłuszczem.

Na jesieni zrobiono zebranie wszystkich Polaków i oznajmiono nam, że nie jesteśmy wrogami, że tworzy się Armia Polska. W kołchozie nie było dorosłych mężczyzn, do wojska Anders zabierał więc młodzież do kadetów, sieroty i rodziny oficerów wojska polskiego. Moje stryjeczne rodzeństwo Mieczysław i Alina oraz dzieci zmarłej p. Smrekowej (sędziny ze Lwowa) zostały odwiezione przez Polaków do punktu zbiorczego w mieście.

Zimą 42/43 r. Mama pracowała w oborze jako opiekunka krów i dojarka. Ja pracowałem przy obrządku w obozie oraz ze starszym Rosjaninem jeździliśmy wołami po paszę – słomę składowaną w stepie (ok. 10 km). Ładowaliśmy na sanki słomę po zbiórce zboża kombajnem. Przy wietrznej pogodzie przerzucaliśmy słomę i zbieraliśmy ziarna, które w niej się znajdowały, jak również zrywaliśmy kłosy z niewykoszonej na jesieni pszenicy. Ziarna tak zdobyte, starannie ukryte przywoziliśmy do domu. Latem z Wowką, moim rosyjskim kolegą, paśliśmy na stepie konie. Stado liczyło około czterdziestu sztuk. Końmi w kołchozie nie pracowano. Były hodowane dla rządu. Żyły półdziko. Paśliśmy je w stepie od wiosny do późnej jesieni. Jeździliśmy na nich bez siodeł. Łapaliśmy przy wodopoju, a przy następnym wodopoju siadaliśmy na kolejnego konia. Był jeden koń, troszkę kulejący, na którym się bardzo dobrze jeździło. Raz w stepie, kiedy jechałem na nim galopem ze wzgórza, nagle z pod krzaka migdałowca zerwał się orzeł stepowy. Koń zatrzymał się nagle, a ja przez łeb konia poleciałem w step. Odzyskałem przytomność po kilku godzinach. Koń pasł się przy mnie. Podprowadziłem go do rowu i wtoczyłem na niego. Koń dowiózł mnie do obozu na stepie. Przez trzy tygodnie leżałem ciężko chory. Gdyby koń uciekł nikt by nie miał szans mnie odnaleźć, ani nawet prawa szukać.

Następna zima znów była bardzo ciężka, szczególnie dla Polaków, a jeszcze o wiele gorsza dla nowo przywiezionych rodzin – rodów czeczeńskich górali. Polacy już nauczyli się kraść, poza tym zjedli wszystkie psy. A Czeczeni prawie wszyscy umarli z głodu, nie mogąc przystosować się do tych okrutnych warunków.

Na jesieni 44 r. po rozliczeniu pracy Mamy i mojej otrzymaliśmy produkty zbożowe, które mogły nam wystarczyć najwyżej na dwa miesiące. Groziła nam jak i wszystkim Polakom śmierć głodowa. W mieście powiatowym Timir działał Związek Patriotów Polskich i mogli nam tam zabezpieczyć mieszkanie i pracę w państwowym przedsiębiorstwie, co gwarantowało 500g chleba dla pracujących i 300g dla dzieci. To w naszych warunkach było jak marzenie. Wydostanie się z kołchozu wymagało jednak zgody przewodniczącego kołchozu. Tylko on był władny wydać przepustki. Przewodniczący kołchozu zgodził się na nasz wyjazd – był ożeniony z Polką, lecz praktycznie rządził jego ojciec, który kategorycznie się temu sprzeciwił. Postanowiliśmy uciekać. Po upiciu ojca przewodniczącego, wieczorem z tobołkami na plecach i przepustkami uciekliśmy w pośpiechu z kołchozu do Timiru. Około 70 km przebyliśmy w ciągu jednej nocy i połowy następnego dnia. Ilu jednak Polaków zostało w obozach, którzy nie dostali przepustek?

Zamieszkaliśmy w jednym pokoju z rodziną Arciszewskich – matką z dwoma córkami – Urszulą w moim wieku i młodszą Marysią. Nasze mamy dostały pracę w zakładzie produkcyjnym – wyrób swetrów, rękawic na drutach. Ja z Urszulą przez całą zimę, pod nadzorem mam przędliśmy na wrzecionach wełnę i robiliśmy szaliki i swetry. Od wiosny do jesieni, wraz z dwoma rówieśnikami, Rosjanami, pasłem cielęta. Pracowałem od wschodu do zachodu słońca we wszystkie dni tygodnia.

Na jesieni 1945 roku rozeszła się wieść wśród Polaków, że na stacji kolejowej odległej kilkadziesiąt kilometrów będzie podstawiony pociąg, który ma odjechać z repatriantami do Polski. Wszystkie zapasy jakie mieliśmy na zimę zostały sprzedane, wynajęto samochód ciężarowy i pojechaliśmy na stację kolejową Kandachacz. Był początek listopada, spadł już śnieg. Samochód zawiózł nas na peron dworca i odjechał. Pociąg towarowy do Polski został podstawiony w nocy z 3 na 4 marca 1946 roku. Dzięki pomocy prostych rosyjskich ludzi nie zamarzliśmy na dworcu. Przyjęli nas do swych biednych domów, nie licząc na żadną zapłatę, bo my już nic nie mieliśmy. Przeżyliśmy zimę w taki sposób, że za kupiony kilogram pszenicy na bazarze, po zmieleniu na żarnach Mama upiekła placki, a ja z siostrą sprzedawaliśmy je żołnierzom wracającym z wojny.

4 marca 1946 r. ze stacji Kandachacz wyjechaliśmy na zachód przez Aktiubińsk, Charków, Kijów. Granicę przekroczyliśmy w Rawie Ruskiej. W Lublinie odbyliśmy kwarantannę i dostaliśmy pieniężną zapomogę. My Łomżyniacy, przez Warszawę pojechaliśmy pociągiem do Łomży. Ja wraz z matką i siostrą Ireną wysiedliśmy w Śniadowie gdzie mieszkała siostra mamy. Nikt się nas nie spodziewał. Dowiedzieliśmy się że ojciec mój na wiosnę 45 r. został złapany przez Niemców i zaginął. Gdy wybuchła wojna niemiecko-rosyjska nas wywieziono do Rosji, a więzienie w Łomży zostało zbombardowane. Ojciec pozostał w Polsce. Przez cały okres okupacji działał czynnie w Armii Krajowej. Znane było jego nazwisko w rejonie Szczepankowo-Nowogród-Łomża. Zginął prawdopodobnie w obozie Gross-Rosen. Gospodarstwo nasze leżało odłogiem. Matka postanowiła wrócić na nasze gospodarstwo. Postanowiła też, ze dzieci muszą się uczyć. Dzięki pomocy licznej rodziny ojca jak i matki ziemia została zaorana i zasiana. Matka z siostrą wróciła na kolonie Szczepankowo, zaczęła chodzić do szkoły w Szczepankowie a ja zostałem w Śniadowie i dzięki pomocy rodziny szczególnie wujka Kazimierza, zacząłem bardzo intensywnie nadrabiać zaległości szkolne. Do czerwca 47 roku przerobiłem materiał szkolny i otrzymałem świadectwo ukończenia szóstej klasy szkoły podstawowej. Po zdaniu egzaminu zostałem przyjęty do Gimnazjum Przemysłu Drzewnego w Łomży, do klasy utworzonej z uczniów szóstych klas i mających 16 lat. Po ukończeniu Gimnazjum przedłużyłem naukę w Liceum Przemysłu Drzewnego.

Moim wychowawcą przez całą szkołę średnią był profesor Jan Kalinowski – nauczyciel matematyki. Był to wzorowy nauczyciel i szlachetny człowiek. Pamiętam jak po zajęciach pierwszego dnia w Gimnazjum kazał mi się zgłosić u siebie w gabinecie. Posadził mnie przy biurku, wyjął mój życiorys i polecił pisać nowy. Taki bez pisania o wywiezieniu do Kazachstanu i działalności ojca w Armii Krajowej. Napisałem, że ojca zamordowali Niemcy, a ja z matką i siostrą uciekałem przed nimi do Rosji. Myślę, że profesor znał z okresu okupacji mojego ojca.

Po ukończeniu szkoły średniej w Łomży nie otrzymałem nakazu pracy lecz byłem skierowany na studia jako dobry uczeń. Myślę jednak, że decydująca rolę odegrała tu opinia mojego Wychowawcy, którą później, już na studiach przeczytałem.

Politechnikę Warszawską – Wydział Budownictwa Przemysłowego ukończyłem w 1959 roku i otrzymałem tytuł mgr inż. budownictwa i rozpocząłem pracę zawodową w Warszawie. W 1969 roku pracowałem przy budowie hotelu Metropol na stanowisku z-cy kierownika budowy. W budownictwie pracowałem na różnych stanowiskach do dyrektora włącznie. Poza Politechniką ukończyłem Studium Pedagogiczne i pracowałem dodatkowo jako nauczyciel w zaocznym Technikum Budowlanym przy ul. Górnośląskiej w Warszawie, gdzie uczyło się kilku Łomżyniaków. Otaczałem ich szczególną sympatią. Pracując w centrali „Społem” często bywałem w Łomży w delegacjach służbowych, jak również brałem udział w rozruchu piekarni w Łomży. Do Łomży zawsze wracam wspomnieniami. Mam w niej rodzinę. Do związku Sybiraków należę do koła w Łomży, a nie w Warszawie. Należałem w okresie studenckim i w ostatnich latach do Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej.

W roku 1960 zawarłem związek małżeński z Leokadią Lao. Mamy dwóch synów. Starszy Piotr ukończył z wyróżnieniem studia na Politechnice Warszawskiej, wydział elektroniki i od kilkunastu lat mieszka na stałe w Australii, gdzie pracuje w Sydney w dużych Zakładach Elektronicznych na stanowisku kierowniczym. Ma dwoje dzieci, obywatelstwo polskie i australijskie. Młodszy Paweł ukończył Pedagogikę na Uniwersytecie Warszawskim. Ma trójkę dzieci. Teraz pracuje jako dyrektor Gimnazjum Przymierza Rodzin im. Jana Pawła II w Warszawie.

                                                                                   Edmund Głowacki